3 BIEGUN

Z Dziennika Pielgrzyma, Część 5

Niedźwiedzica 20 marca 2015

Rano pobudka i pakowanie, szybki prysznic i kawa a nawet dwie i pyszne śniadanie. Szkoda stąd ruszać, chciałoby się pobyć dłużej, ale droga czeka. Około 9.00 przychodzimy na „Ojcze nasz” do katedry i zostajemy na Komunię.

Pożegnanie z panią Hanią i wszystkimi, którzy zaopiekowali się nami w Elblągu.

Wojtek, tym razem w stroju wikinga, i parę osób idzie z nami dalej. Wojtek mówi, że ta pielgrzymka to dobra energia i nasze spotkanie było ważne i dodaje mu sił przed przejściem wielkiej szczeliny w jego życiu. Cieszę się, że się spotkaliśmy. Po godzinie Wojtek przyjeżdża do nas z folią, przez którą w momencie największego zaćmienia o 10:42 oglądamy słońce. Zostaje ze słońca tylko mały sierp. Następne będzie za wiele lat. Wojtek mówi, że dla Wikingów zaćmienie słońca było sacrum i cieszy się, że jest teraz z nami. Przypomina mi się, że Wojtek mówił też, że dla niego teraz rodzina jest Sacrum. W Kępkach zachodzimy do sklepu, a tam stoi koleś z butelką piwa i mówi: ty, ja cię znam, ty z Kępek jesteś. Ja na to że nie, ale świat jest mały i mówię że Idziemy do miejsca, które jest 4000 km stąd. On na to mówi, że ledwie tutaj doszedł, a jego kolega dodaje, że z trudem przechodzi 300 metrów.

Pijemy wodę, trochę sobie żartujemy i idziemy dalej. Potem Marek prowadzi przez prawdziwe Żuławy, płasko, wierzby, trochę zielono, przebiśniegi. Idziemy na skróty przez pola jak po stepie.

Koło południa dołącza Janek, przechodzimy przez Nowy Dwór Gdański, koło cmentarza. Przez Nowy Dwór idziemy z grupą mieszkańców. Jesteśmy z Markiem coraz bardziej zmęczeni i idzie się coraz ciężej. Nie chcemy już zachodzić na kawę do Nowego Dworu tylko naprzód. Po drodze napis: „Bóg zna twoje imię” kościół Jakubowy z XIII wieku. Pani Kościelna otwiera nam utrudzonym wędrowcom drzwi olbrzymim kluczem. Robi się ciemno, coraz ciężej się idzie, ledwie daję radę. Idę na autopilocie, nie myślę. Janek i Marek też są zmęczeni. Stajemy po drodze na przystanku. Zmęczenie powoduje, że bardziej stajemy się ludźmi. Marek mówi, że bierze środki przeciwbólowe, bo trudno wytrzymać, tym bardziej że jest po ekstrakcji zęba. Janek i ja też ledwie idziemy. Jeszcze chyba 15 kilometrów. Nie wiem, jak dam radę. Żartujemy z siebie i zmęczenie trochę odchodzi. Marek mówi, że ja mam taki paskudny charakter że będę szedł do końca, ale żeby Janek się tym nie przejmował. Te dobre słowa dodają mi sił, teraz już muszę iść do końca.

Jeszcze po drodze trafiliśmy na ostatnią mszę w Lubieszewie, padły akurat słowa: przekażcie sobie znak pokoju, podaliśmy sobie ręce, weszliśmy do środka i z plecakami i kijami poszliśmy do komunii. Nie miałem takiej komunii w życiu. Takie małe cuda po drodze.

Marek mówi, że los sprawdza nas punktowo, to nie do końca najważniejsze co myślimy, jak się modlimy, co chcemy: ważne co robimy, kiedy znajdziemy się w punkcie. Jesteśmy zmęczeni, spieszymy się, a tu leży ktoś na ulicy albo biegniesz maraton, a tu ktoś prosi cię o pomoc. Los sprawdza nas punktowo. Cały czas wybieramy i ponosimy konsekwencje, bo przed nami stoją następne wybory. I tak zygzakiem, prosto, w lewo idziemy przez życie. I nieraz mamy tylko jedną szansę w życiu, aby wybrać i druga już nie przyjdzie. Jak u Camusa i dziewczyny skaczącej z mostu. Drugi raz już nie skoczy.

Więc te małe cuda dziś a my w drodze do Wielkiej Niedźwiedzicy i kościoła Jakubowego.

W końcu przyjeżdża żona Marka z córką artystką i żeglarką polarną i dziemy dalej z żoną.

Droga dłuży się, plecak ciężki, stopy bolą, plecy jeszcze bardziej.

Idę, wiec jestem.

Rozum zostawiliśmy w Królewcu tam opuściliśmy strefę rozumu, a teraz robimy rzeczy wbrew rozumowi, bo po co iść męczyć się z ciężkim plecakiem i cierpieć?

Można, by spokojnie czytać książki, spacerować, być z rodziną, oglądać dobry film. Żyć teraz przyjemnie i wygodnie. A jednak Życie to coś więcej i wszyscy to czujemy.

W dworku na skrzyżowaniu oczekuje na nas Ksiądz proboszcz parafii w Niedźwiedzicy wraz z parafianianiem, który przygotował dla nas kolację. Już póżno po dziesiątej, więc jestem wdzięczny Panu Bogu, że będę miał gdzie spać i co zjeść.

Trudno nam się rozstać z Markiem, jeszcze kolacja: ryba i pierogi i rozmowa, jak to w życiu bywa o życiu. Ksiądz zaprasza nas wszytkich na odpust do Niedźwiedzicy. Jest bardzo bezpośredni i serdeczny. Jak to dobrze, że będę tu a nie w zajeździe albo pensjonacie. Omawiamy jeszcze z Markiem jutrzejszą trasę do Gdańska Głównego do Kapucynów, mięta, prysznic i spać.

Z czołówki czytam jeszcze trochę Pisma Świętego, przeglądam dalszą trasę i mam kilka przemyśleń:

- trzeba zmniejszyć wagę plecaka w Gdańsku i go znacznie odchudzić

- muszę wybierać trasę do Santiago logiczną a nie krajoznawczą

- zainstalować Pismo Święte w wersji elektronicznej na telefonie i zacząć więcej używać GPS

Z takim ciężkim plecakiem między 15 a 20 kg trudno się będzie szło.

 

Przeczytaj wcześniejszą część Dziennika.

Tagi: , , ,

Comments

comments